4,5 miliona złotych pomocy przeznaczonej na usuwanie skutków powodzi trafiło do zaledwie trzech podmiotów związanych z jedną niewielką miejscowością. Wśród beneficjentów znalazła się firma męża wiceprezes Karkonoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego, spółka należąca do jej sąsiadów oraz przedsiębiorstwo właściciela lokalnej telewizji współpracującej z samorządami. Problem jest zasadniczy: ustalenia dziennikarzy Wirtualnej Polski wskazują, że niezależne źródła nie potwierdzają obecności wody powodziowej w miejscach, za których rzekome zniszczenie wypłacano pieniądze. Sprawą zajmują się już CBA i prokuratura.
To jedna z tych historii, które — jeśli ustalenia dziennikarskie zostaną potwierdzone przez organy ścigania — trudno będzie określić jedynie mianem urzędniczego błędu.
Pieniądze przeznaczone były bowiem dla przedsiębiorców poszkodowanych przez katastrofalną powódź z września 2024 roku.
Dla ludzi, którym woda rzeczywiście zniszczyła firmy, maszyny, magazyny i dorobek wielu lat pracy.
Tymczasem dziennikarz Wirtualnej Polski Szymon Jadczak ujawnił mechanizm, który rodzi wyjątkowo poważne pytania o sposób przyznawania publicznych pieniędzy.
4,5 miliona złotych dla trzech podmiotów
W centrum sprawy znajduje się Karkonoska Agencja Rozwoju Regionalnego S.A. (KARR), której 99,99 proc. akcji należy do samorządu województwa dolnośląskiego.
Po powodzi agencja uczestniczyła w rozdzielaniu przedsiębiorcom środków przeznaczonych na usuwanie jej skutków.
Od lutego 2025 roku wiceprezeską KARR jest Anna Konieczyńska, działaczka Koalicji Obywatelskiej, wcześniej m.in. radna i starosta jeleniogórski.
I właśnie w najbliższym otoczeniu wiceprezes pojawiają się beneficjenci pomocy, których przypadki opisała Wirtualna Polska.
Łącznie trzy podmioty otrzymały około 4,5 mln zł.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego.
Dziennikarze WP sprawdzili wskazane lokalizacje w czterech niezależnych źródłach: danych Państwowej Straży Pożarnej, Wód Polskich, unijnego systemu satelitarnego Copernicus EMS oraz danych satelitarnych ICEYE weryfikowanych przez Centrum Badań Kosmicznych PAN.
Według ustaleń WP żadne z nich nie potwierdziło obecności wody powodziowej w miejscach, których dotyczyły analizowane przypadki.
Mąż wiceprezes KARR – 200 tys. zł
Pierwszy przypadek dotyczy Piotra Konieczyńskiego, męża Anny Konieczyńskiej.
Prowadzi on działalność noclegową w Dziwiszowie. Firma otrzymała 200 tys. zł, czyli maksymalną pożyczkę z funduszu ministerialnego.
Według dokumentów opisanych przez WP wniosek o wydanie zaświadczenia dotyczącego szkody złożono 23 czerwca 2025 roku.
Oględziny odbyły się natomiast dopiero 7 lipca 2025 roku – niemal dziesięć miesięcy po powodzi.
Co stwierdzono?
Między innymi pęknięcia płytek, wymyte fugi, uszkodzenia tynku i pęknięcia na tarasie.
WP przeanalizowała również dokumentację fotograficzną. Jak wskazuje redakcja, na zdjęciach nie było charakterystycznych śladów zalania, takich jak linie wody na ścianach, namuły czy osady.
Co więcej, sama gmina Jeżów Sudecki przyznała, że nie posiadała niezależnego dowodu potwierdzającego, że opisane uszkodzenia powstały właśnie wskutek powodzi.
Powstaje więc podstawowe pytanie:
na jakiej podstawie publiczne pieniądze przeznaczone dla powodzian zostały przyznane?
3,2 miliona złotych i tajemnicza sala zabaw
Jeszcze bardziej zdumiewający jest przypadek spółki Kadalore, należącej do sąsiadów Konieczyńskich.
Według ustaleń WP firma otrzymała łącznie 3,2 mln zł pomocy.
200 tys. zł pochodziło z programu ministerialnego, a kolejne 3 mln zł z funduszu BGK.
Pieniądze miały służyć usunięciu szkód w… sali zabaw dla dzieci.
Problem polega na tym, że — jak ustalili dziennikarze — trudno znaleźć dowody na to, aby sala ta przed powodzią w ogóle normalnie funkcjonowała i przyjmowała dzieci.
Co więcej, podstawowym profilem działalności spółki ujawnionym w rejestrach były usługi leśne.
WP zwraca uwagę, że również po powodzi nie udało się znaleźć śladów faktycznego uruchomienia sali.
A jednak właśnie za szkody związane z tym miejscem przyznano wielomilionową pomoc.
150 tysięcy już umorzono
Historia robi się jeszcze bardziej bulwersująca.
Pierwsza pożyczka Kadalore wynosiła 200 tys. zł.
Została następnie umorzona w 75 procentach.
Oznacza to, że 150 tys. zł nie trzeba już zwracać.
Decyzję o umorzeniu podejmował zarząd KARR.
WP zapytała agencję, czy w procesie dotyczącym tej decyzji uczestniczyła Anna Konieczyńska — sąsiadka właścicieli spółki.
Agencja nie udzieliła dziennikarzom odpowiedzi na to pytanie.
To właśnie takie okoliczności powodują, że sprawa przestaje dotyczyć wyłącznie tego, czy ktoś prawidłowo wypełnił formularz.
Pojawia się fundamentalne pytanie o konflikt interesów i mechanizmy kontroli nad publicznymi pieniędzmi.
Kolejne 1,12 mln zł dla lokalnej spółki
Trzecim opisanym przez WP beneficjentem jest spółka Dami, należąca do właściciela lokalnej telewizji i będąca wieloletnim kontrahentem samorządów.
Firma otrzymała ponad 1,12 mln zł.
Także w tym przypadku pojawiły się poważne pytania proceduralne.
Bank Gospodarstwa Krajowego potwierdził bowiem, że nie posiada kopii wymaganej regulaminem deklaracji bezstronności dotyczącej tej pożyczki.
Mamy więc trzy podmioty z jednego niewielkiego obszaru i około 4,5 miliona złotych publicznej pomocy.
A gdzie była woda?
To właśnie ten element ustaleń WP jest najbardziej niepokojący.
Dziennikarze nie ograniczyli się do rozmów z mieszkańcami czy oglądania zdjęć.
Sprawdzili dane pochodzące z kilku niezależnych źródeł.
Według tych ustaleń pod analizowanymi adresami nie potwierdzono obecności wody powodziowej.
Oczywiście samo zdjęcie satelitarne nie może rozstrzygnąć każdej sytuacji. Prawo wodne obejmuje definicją powodzi również m.in. zalanie w wyniku deszczu nawalnego czy spływu wód po stokach.
Dlatego ostateczne ustalenie, czy konkretne szkody rzeczywiście powstały w wyniku powodzi i czy pomoc została przyznana zgodnie z prawem, należy do odpowiednich instytucji oraz organów ścigania.
Ale skala ujawnionych wątpliwości jest już tak duża, że sprawą zajmują się CBA, resort rozwoju i prokuratura.
Prokuratura wszczęła czynności
Jeszcze tego samego dnia, 10 sierpnia, Prokuratura Rejonowa w Jeleniej Górze z urzędu rozpoczęła czynności sprawdzające dotyczące możliwych nieprawidłowości przy udzielaniu wsparcia finansowego na usuwanie skutków powodzi.
Sprawa nie kończy się jednak na prokuraturze.
Centralne Biuro Antykorupcyjne kontroluje program pożyczek KARR już od kwietnia.
Ministerstwo Rozwoju i Technologii wystąpiło natomiast do gmin o informacje dotyczące przedsiębiorców, którym wydano zaświadczenia powodziowe, oraz o wskazanie dowodów, na podstawie których potwierdzano szkody.
To ważne, ponieważ problem może być znacznie szerszy niż trzy opisane przez media przypadki.
189 zaświadczeń. Czy ktoś sprawdzi wszystkie?
WP ujawniła jeszcze jeden niezwykle istotny element.
„Wykaz zalanych ulic”, na podstawie którego Jelenia Góra wystawiała zaświadczenia potrzebne przedsiębiorcom, miał według straży pożarnej nie być dokumentacją rzeczywistych zalań, lecz listą prognostyczną opartą na mapach ryzyka.
W ten sposób miasto miało wydać 189 zaświadczeń o szkodach.
Jeżeli ta informacja się potwierdzi, kontrola nie powinna zakończyć się na trzech najgłośniejszych przypadkach.
Należy sprawdzić wszystkie zaświadczenia oraz wszystkie wypłacone na ich podstawie środki.
Pomoc dla ofiar katastrofy to nie polityczny bankomat
Właśnie dlatego ta sprawa budzi tak ogromne emocje.
Pomoc powodziowa nie jest zwykłym programem dotacyjnym.
Po katastrofie z września 2024 roku tysiące ludzi naprawdę straciło ogromną część swojego majątku. Na Dolnym Śląsku zginęli ludzie, zniszczone zostały domy, przedsiębiorstwa, drogi i infrastruktura.
Według danych przywołanych przez WP w województwie dolnośląskim poszkodowanych zostało ponad 238 tys. osób, a szkody dotknęły niemal 12 tys. firm.
W takich okolicznościach każda złotówka publicznej pomocy powinna być rozdzielana z wyjątkową starannością.
Jeżeli pieniądze przeznaczone dla rzeczywistych ofiar katastrofy trafiałyby do osób, które nie poniosły deklarowanych szkód, mielibyśmy do czynienia nie tylko z potencjalnym naruszeniem prawa.
Byłoby to przede wszystkim moralnie odrażające wykorzystanie tragedii innych ludzi.
Polityczne powiązania wymagają szczególnego wyjaśnienia
Anna Konieczyńska została zawieszona w prawach członka Koalicji Obywatelskiej. Jak poinformowali przedstawiciele partii, wobec działaczki toczy się również postępowanie przed sądem koleżeńskim.
To jednak nie może być koniec sprawy.
Partyjne zawieszenie nie zastępuje odpowiedzialności administracyjnej ani ewentualnej odpowiedzialności karnej.
Trzeba ustalić przede wszystkim:
- kto dokładnie oceniał poszczególne wnioski,
- kto rekomendował wypłatę pieniędzy,
- kto podpisywał decyzje,
- na podstawie jakich dowodów potwierdzono szkody,
- czy osoby pozostające w relacjach rodzinnych lub sąsiedzkich z beneficjentami wyłączały się z podejmowania decyzji,
- dlaczego niektóre dokumenty wymagane procedurami są dziś niedostępne,
- oraz czy podobnych przypadków było więcej.
Nie nazywajmy nikogo przestępcą przed wyrokiem. Ale sprawę trzeba wyjaśnić do końca
Na obecnym etapie nie ma podstaw, aby przesądzać, że konkretne osoby dopuściły się oszustwa czy korupcji.
Obowiązuje domniemanie niewinności.
Jednocześnie domniemanie niewinności nie oznacza zakazu zadawania pytań o wydawanie milionów złotych publicznych pieniędzy.
Wręcz przeciwnie.
W sytuacji, w której pieniądze otrzymuje rodzina osoby zarządzającej instytucją rozdzielającą pomoc, jej sąsiedzi oraz lokalny przedsiębiorca współpracujący z samorządami, standard przejrzystości powinien być szczególnie wysoki.
Tymczasem dziennikarskie ustalenia pokazują sytuację dokładnie odwrotną: pojawiają się pytania o dokumentację, dowody powstania szkód, konflikt interesów i sposób weryfikowania wniosków.
Niesprawiedliwa Polska: sprawdzić każdą złotówkę
Ta sprawa powinna zostać wyjaśniona niezależnie od politycznych barw osób, których dotyczy.
Jeżeli pieniądze zostały wypłacone prawidłowo — opinia publiczna powinna zobaczyć dokumenty i dowody potwierdzające szkody.
Jeżeli natomiast kontrola wykaże, że publiczne miliony otrzymali przedsiębiorcy, którzy nie byli uprawnieni do pomocy, środki powinny zostać odzyskane, a osoby odpowiedzialne za ewentualne nadużycia powinny ponieść konsekwencje.
Nie partyjne.
Nie wizerunkowe.
Prawne.
Bo pieniądze dla ofiar powodzi nie mogą być traktowane jak fundusz, z którego korzystają ludzie posiadający odpowiednie znajomości.
W państwie prawa nie powinno mieć znaczenia, czy beneficjentem jest mąż polityczki KO, znajomy polityka PiS, lokalny przedsiębiorca czy człowiek całkowicie niezwiązany z polityką.
Powinna liczyć się jedna rzecz: czy rzeczywiście poniósł szkodę i czy zgodnie z prawem należała mu się pomoc.
I właśnie odpowiedzi na to pytanie opinia publiczna ma dziś prawo stanowczo się domagać.
Źródła: ustalenia śledcze Wirtualnej Polski z 10 sierpnia 2026 r.; informacje Prokuratury Rejonowej w Jeleniej Górze; komunikowane działania CBA; wypowiedzi przedstawicieli Ministerstwa Rozwoju i Technologii; publikacje RMF24, Onetu i innych mediów relacjonujących sprawę.



