Ile razy człowiek musi złamać prawo, żeby polskie państwo rzeczywiście uniemożliwiło mu dalsze stwarzanie zagrożenia? Historia Andrzeja K. zmusza do zadania właśnie takiego pytania. Mężczyzna był wielokrotnie karany, wcześniej prowadził po alkoholu, miał sądowy zakaz kierowania pojazdami, a nawet orzeczoną bezwzględną karę więzienia. Mimo to pozostawał na wolności i pracował jako kierowca firmy kurierskiej. 3 stycznia 2025 r. na warszawskiej Woli doszło do tragedii. Na przejściu dla pieszych został potrącony 14-letni Maksym. Chłopiec zmarł.
Proces Andrzeja K. rozpoczął się w sierpniu 2026 r. przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Woli.
I już pierwsza rozprawa przyniosła informacje, po których trudno nie zapytać o odpowiedzialność nie tylko samego oskarżonego, ale również instytucji państwa oraz systemu, który przez lata nie potrafił skutecznie powstrzymać człowieka wielokrotnie wchodzącego w konflikt z prawem.
Maksym miał tylko 14 lat
Do tragedii doszło 3 stycznia 2025 r. na ulicy Ordona na warszawskiej Woli.
14-letni Maksym przechodził przez oznakowane przejście dla pieszych.
Chłopiec przyjechał do Polski razem z matką, uciekając przed wojną w Ukrainie.
Według prokuratury Andrzej K., prowadzący samochód dostawczy, nie ustąpił mu pierwszeństwa. Nastolatek został potrącony i doznał potężnych obrażeń, w tym licznych złamań kości czaszki oraz stłuczenia płuc.
Kierowca nie zatrzymał się na miejscu.
Maksym zmarł następnego dnia w szpitalu.
Andrzej K. został zatrzymany 4 stycznia. W chwili zatrzymania miał blisko 2 promile alkoholu. Sam fakt takiego wyniku następnego dnia nie przesądza jednak, że był nietrzeźwy również w chwili wypadku – tego nie należy przedstawiać jako ustalonego faktu.
Dziewięć wcześniejszych skazań. I nadal na wolności
Najbardziej szokujące jest to, co zaczęło wychodzić na jaw po zatrzymaniu.
Andrzej K. nie był człowiekiem, który po raz pierwszy złamał prawo.
Według relacji BRD24 i Onetu był dziewięciokrotnie skazywany za różnego rodzaju przestępstwa.
Już w 2011 r. został zatrzymany za prowadzenie samochodu po alkoholu. Otrzymał dwuletni zakaz kierowania pojazdami oraz grzywnę.
W 2013 r. został skazany za kradzież.
Kara?
Rok więzienia w zawieszeniu.
W 2014 r. doszło do naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariuszy.
Kara?
Dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat.
W 2021 r. został skazany za znęcanie się nad członkiem rodziny.
Kara?
Prace społeczne.
Jeszcze w tym samym roku ponownie prowadził pojazd po alkoholu.
Ponownie zastosowano wobec niego m.in. zakaz prowadzenia pojazdów.
To już nie wygląda jak pojedynczy błąd człowieka.
To historia kolejnych przestępstw, kolejnych wyroków i kolejnych szans dawanych przez system.
Zakaz prowadzenia obowiązywał do 2027 roku
W chwili tragicznego wypadku Andrzej K. nie miał prawa legalnie prowadzić samochodu.
Obowiązywał go sądowy zakaz kierowania pojazdami od kwietnia 2023 r. do 21 kwietnia 2027 r.
W marcu 2024 r. cofnięto mu dodatkowo uprawnienia do kierowania.
A czym mimo tego zajmował się zawodowo?
Jeździł samochodem dostawczym jako kurier.
To jeden z najbardziej kompromitujących elementów całej historii.
Bo czym właściwie jest sądowy zakaz prowadzenia pojazdów, jeżeli osoba nim objęta może przez dłuższy czas pracować jako zawodowy kierowca?
Kartką papieru?
Wpisem w systemie?
Teoretycznym środkiem karnym, którego przestrzeganie zależy przede wszystkim od dobrej woli skazanego?
Jeszcze bardziej absurdalne: miał trafić do więzienia
Historia robi się jeszcze bardziej niewiarygodna.
W 2024 r. Andrzej K. został zatrzymany w związku z przewożeniem migrantów spod granicy.
Według opisywanych przez media ustaleń miał wykorzystywać dni meczowe Jagiellonii Białystok i przebierać przewożonych ludzi za kibiców, malując im twarze w klubowe barwy.
W tej sprawie wreszcie zapadła bezwzględna kara pozbawienia wolności.
Czy Andrzej K. trafił do zakładu karnego?
Nie.
Wykonanie kary zostało odroczone.
Do więzienia miał stawić się 16 stycznia 2025 r.
Maksym został śmiertelnie potrącony 3 stycznia.
Gdyby kara była wykonywana wcześniej, człowiek oskarżony dziś o spowodowanie śmiertelnego wypadku nie mógłby tego dnia prowadzić kurierskiego busa po Warszawie.
To fakt, którego nie można pominąć w publicznej debacie o tej sprawie.
Dlaczego sąd odroczył więzienie?
Jeszcze bardziej bulwersująco brzmi uzasadnienie wcześniejszej decyzji, które przytaczała „Polityka”.
Jednym z argumentów za odroczeniem miało być to, że wobec mężczyzny nie toczyły się nowe postępowania, przestrzegał porządku prawnego i opiekował się synem.
Z perspektywy późniejszych wydarzeń brzmi to tragicznie.
Bo człowiek, który według sądu miał przestrzegać porządku prawnego, posiadał jednocześnie zakaz prowadzenia pojazdów.
A mimo tego pracował jako kierowca.
Dlatego pytanie nie brzmi wyłącznie:
dlaczego Andrzej K. prowadził?
Pytanie brzmi również:
Dlaczego państwo nie potrafiło skutecznie sprawić, żeby nie prowadził?
Oskarżony twierdzi: pracodawca wiedział o zakazie
Podczas procesu pojawił się kolejny bardzo poważny wątek.
Andrzej K. zeznał, że jego przełożony wiedział, iż nie posiada on prawa do kierowania pojazdami.
To na razie twierdzenie oskarżonego, które wymaga weryfikacji. Pracodawca ma zostać przesłuchany podczas kolejnej rozprawy.
Jeżeli jednak zostałoby potwierdzone, sprawa przestałaby dotyczyć wyłącznie jednego kierowcy.
Należałoby ustalić, kto dopuścił człowieka z sądowym zakazem do wykonywania pracy polegającej na codziennym prowadzeniu samochodu po ulicach Warszawy.
I jak wyglądała weryfikacja jego uprawnień.
Jeździł samochodem, który – według jego relacji – był niesprawny
Zeznania Andrzeja K. podczas pierwszej rozprawy momentami brzmią niewiarygodnie.
Twierdził, że samochód kurierski miał poważne problemy techniczne.
Według jego relacji podczas używania prawego kierunkowskazu musiał jednocześnie trzymać stacyjkę, ponieważ w przeciwnym razie miały gasnąć światła oraz wycieraczki.
Oskarżony przyznał również, że wcześniej zdarzało mu się prowadzić busa nawet z nogą w gipsie.
Jeżeli te informacje zostaną potwierdzone, pojawi się następne pytanie:
jak wyglądał nadzór nad pojazdami i kierowcami wykonującymi codziennie tysiące kilometrów w ruchu miejskim?
„Ta praca właściwie polega na tym, że się na coś najeżdża”
Szczególne zdumienie wywołała wypowiedź oskarżonego dotycząca realiów pracy kuriera.
Pytany, jak często najeżdżał na jakieś obiekty, odpowiedział, że bardzo często.
Tłumaczył, że gdy nie było miejsca do parkowania, wjeżdżało się na krawężniki czy trawniki.
Trudno uwierzyć, że takie słowa padają podczas procesu dotyczącego śmierci dziecka potrąconego na przejściu dla pieszych.
Jeszcze trudniej zrozumieć linię wyjaśnień oskarżonego dotyczącą samego zdarzenia.
Twierdzi, że nie wiedział, iż przejechał dziecko
Andrzej K. próbuje przekonać sąd, że nie uciekł świadomie z miejsca tragedii, ponieważ miał nie zdawać sobie sprawy, że potrącił człowieka.
Twierdził, że w samochodzie było bardzo głośno.
Przyznał jednocześnie, że poczuł, iż po czymś przejechał.
Według wcześniejszych ustaleń „Polityki” po potrąceniu chłopiec miał zostać przeciągnięty przez samochód przez kilkanaście metrów.
Oskarżony jednak się nie zatrzymał.
Nie wysiadł.
Nie sprawdził, co się wydarzyło.
Według „Polityki” udał się następnie na pobliską stację benzynową, skąd widoczne były światła służb ratunkowych, zatankował samochód, kupił jedzenie i odjechał.
Najpierw 60–70 km/h. Teraz 40–50 km/h
Podczas procesu oskarżony zaczął również kwestionować własne wcześniejsze wyjaśnienia.
Po zatrzymaniu miał mówić policjantom, że jechał około 60–70 km/h.
Przed sądem stwierdził natomiast, że prawdopodobnie było to około 40–50 km/h.
Dlaczego zmienił wersję?
Jak tłumaczył – później analizował sytuację i doszedł do wniosku, że nie mógł jechać tak szybko.
Podobnie było z alkoholem.
Wcześniej miał mówić o wypiciu po zdarzeniu bardzo dużej ilości alkoholu.
W sądzie twierdził już, że wypił znacznie mniej.
Policja miała dać mu wódkę? Poważne oskarżenie wymagające weryfikacji
Andrzej K. poszedł jeszcze dalej.
Podczas rozprawy oskarżył policjantów o to, że po zatrzymaniu mieli go bić oraz podać mu alkohol.
To bardzo poważne oskarżenia.
Na obecnym etapie są to twierdzenia oskarżonego, a nie ustalone fakty.
Jeżeli oskarżony podtrzymuje takie zarzuty, powinny zostać jednoznacznie zweryfikowane.
Jeżeli okażą się prawdziwe – byłby to skandal.
Jeżeli okażą się nieprawdziwe – również powinno to znaleźć odpowiednie odzwierciedlenie w ocenie jego wiarygodności.
A teraz najważniejsze pytanie: gdzie wcześniej było państwo?
Łatwo całą historię sprowadzić do jednego człowieka.
Powiedzieć: wielokrotnie karany kierowca zignorował zakaz, wsiadł do samochodu i doprowadził do tragedii.
Tylko że wtedy pomijamy najbardziej niewygodne pytanie.
Po co istnieją wyroki sądów, jeżeli państwo nie jest w stanie skutecznie ich egzekwować?
Andrzej K. miał być wcześniej wielokrotnie karany.
Miał wcześniejsze skazania związane z alkoholem i prowadzeniem samochodu.
Miał zakaz prowadzenia.
Miał cofnięte uprawnienia.
Miał nawet orzeczoną bezwzględną karę więzienia.
I nadal jeździł.
Nie okazjonalnie.
Zawodowo.
Znajomi mieli alarmować o jego jeździe
Po tragedii TVN „Uwaga!” dotarł do osób znających Andrzeja K.
Jeden ze znajomych opowiadał, że dziwił się, w jaki sposób mężczyzna może nadal pracować jako kurier, skoro ma zakaz prowadzenia.
Według jego relacji zdarzało się nawet, że gdy pojawiała się policja, inna osoba miała przesiadać się za kierownicę.
Co więcej, znajomy twierdził, że kiedy próbowano zawiadomić policję o sytuacji, usłyszano, że należy przyjechać na komisariat i złożyć zawiadomienie.
Jeżeli te relacje są prawdziwe, trudno o bardziej symboliczny obraz bezsilności systemu.
Społeczeństwo wiedziało.
Znajomi wiedzieli.
Sąd wcześniej wiedział o przestępstwach.
W systemach państwowych istniała informacja o zakazie.
A człowiek nadal jeździł samochodem dostawczym po jednej z największych polskich aglomeracji.
Zakaz prowadzenia pojazdów nie może być fikcją
Polska od lat ma problem z kierowcami ignorującymi sądowe zakazy.
Po kolejnych tragicznych wypadkach pojawiają się zapowiedzi zaostrzania prawa.
Tylko czy największym problemem rzeczywiście zawsze jest zbyt łagodne prawo?
Można przecież wpisać do kodeksu kolejne sankcje.
Można podwyższać maksymalne kary.
Można organizować konferencje prasowe.
Ale jeżeli człowiek objęty zakazem nadal przez miesiące czy lata prowadzi samochód, problemem staje się egzekucja prawa.
Zakaz, którego nikt realnie nie egzekwuje, nie chroni pieszego.
Nie chroni dziecka.
Nie zatrzymuje samochodu.
Maksym zapłacił najwyższą cenę
Najtragiczniejsze jest to, że Maksym nie miał żadnego wpływu na tę historię.
Nie miał wpływu na wcześniejsze wyroki Andrzeja K.
Nie miał wpływu na odroczenie jego kary więzienia.
Nie miał wpływu na egzekwowanie zakazu prowadzenia pojazdów.
Nie miał wpływu na to, kto sprawdzał uprawnienia kierowców w firmie kurierskiej.
Nie miał wpływu na stan samochodu.
Po prostu przechodził przez przejście dla pieszych.
Miał 14 lat.
Uciekł z matką przed wojną w Ukrainie i miał w Polsce znaleźć bezpieczeństwo.
Matka: „Życie straciło sens”
Podczas pierwszej rozprawy zeznawała matka Maksyma.
Opowiadała, jak dowiedziała się o tragedii i jak pojechała do szpitala.
Ostatecznie zobaczyła tam syna po raz ostatni.
Pytana, jak śmierć dziecka zmieniła jej życie, powiedziała, że straciło ono sens, ale musi żyć ze względu na córkę.
I właśnie w tym miejscu wszystkie abstrakcyjne dyskusje o przepisach, zakazach, procedurach i kompetencjach urzędów nabierają zupełnie innego znaczenia.
Za nieskutecznością państwa czasami stoi konkretna ofiara.
W tej historii był nią 14-letni Maksym.
To nie tylko proces Andrzeja K. To test dla polskiego państwa
O winie oskarżonego i ostatecznej karze zdecyduje niezawisły sąd. Andrzej K. korzysta z domniemania niewinności w zakresie zarzutów, które nie zostały jeszcze prawomocnie rozstrzygnięte.
Ale historia jego wcześniejszych skazań i zakazów stawia pytania, które można zadawać już dziś.
Jak człowiek z taką historią nadal mógł zawodowo prowadzić samochód?
Dlaczego sądowy zakaz okazał się niewystarczający?
Dlaczego wykonanie bezwzględnej kary więzienia zostało odroczone?
Czy pracodawca rzeczywiście wiedział o braku uprawnień, jak twierdzi oskarżony?
Jak weryfikowano kierowców?
Czy ktokolwiek poza bezpośrednim sprawcą odpowie za ewentualne zaniedbania?
I wreszcie:
Ile jeszcze tragedii potrzeba, żeby wyrok „zakaz prowadzenia pojazdów” rzeczywiście oznaczał, że skazany nie będzie prowadził?
Bo państwo prawa nie polega na liczbie paragrafów zapisanych w kodeksie.
Państwo prawa poznaje się po tym, czy jego wyroki są wykonywane.
W przypadku Andrzeja K. system miał wiele wcześniejszych sygnałów ostrzegawczych.
A 3 stycznia 2025 r. na przejściu dla pieszych zginął 14-letni chłopiec.
Tego nie da się już naprawić. Państwo Polska znowu przegrywa bo jest z kartonu oraz totalnie niesprawne. Politycy mają kolejną krew na rękach.



