Cztery uszkodzone samochody, wybite szyby i straty przekraczające 7 tys. zł – za taki czyn 30-latkowi z warszawskiego Bemowa grozi do 5 lat więzienia. Sebastian Majtczak jest natomiast oskarżony o spowodowanie wypadku na A1, w którym zginęła trzyosobowa rodzina, a kwalifikacja prawna jego czynu przewiduje karę do 8 lat pozbawienia wolności. Czy polskie prawo zachowuje właściwe proporcje między ochroną mienia a ochroną ludzkiego życia?
To zestawienie brzmi absurdalnie.
I właśnie dlatego warto przyjrzeć mu się dokładniej, a nie ograniczać do prostego hasła: „5 lat za szybę, 8 lat za rodzinę”.
Bo formalnie są to zupełnie inne przestępstwa.
Jednak z punktu widzenia zwykłego obywatela pojawia się bardzo poważne pytanie:
jak to możliwe, że ustawowe maksimum za celowe niszczenie samochodów znajduje się tak blisko maksimum kary przewidzianej w sprawie, w której zginęli rodzice i małe dziecko?
Cztery samochody na Bemowie. Straty: ponad 7 tys. zł
7 sierpnia 2026 r. Onet opisał sprawę 30-letniego mężczyzny zatrzymanego przez policjantów z Komisariatu Policji Warszawa Nowe Bemowo.
Według ustaleń funkcjonariuszy mężczyzna miał w nocy wybić szyby w czterech zaparkowanych samochodach i uszkodzić ich karoserie. Łączne straty oszacowano na ponad 7 tys. zł.
Mężczyzna usłyszał cztery zarzuty uszkodzenia mienia o charakterze chuligańskim.
Grozi mu od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności, a chuligański charakter czynu może dodatkowo wpływać na wymiar kary.
Nie ma wątpliwości: niszczenie cudzych samochodów jest przestępstwem.
Właścicielom wyrządzono realną szkodę.
Ktoś będzie musiał wymienić szyby, naprawić karoserię, być może przez kilka dni nie będzie mógł korzystać z auta.
Sprawca powinien ponieść odpowiedzialność.
Ale teraz porównajmy to z zupełnie inną historią.
Autostrada A1. Zginęli rodzice i dziecko
16 września 2023 r. na autostradzie A1 w okolicach Sierosławia doszło do tragedii, która wstrząsnęła Polską.
BMW prowadzone przez Sebastiana Majtczaka zderzyło się z Kią, którą podróżowała rodzina.
Samochód uderzył w bariery i stanął w płomieniach.
Zginęły trzy osoby – małżeństwo i ich kilkuletni syn.
Prokuratura oskarżyła Sebastiana Majtczaka o spowodowanie śmiertelnego wypadku komunikacyjnego.
Pierwotnie, a następnie również po sprowadzeniu go do Polski, podstawą zarzutu pozostawał art. 177 § 2 Kodeksu karnego. Oficjalny list gończy wskazywał właśnie tę kwalifikację.
Za ten czyn w stanie prawnym właściwym dla zdarzenia grozi mu maksymalnie 8 lat pozbawienia wolności.
I właśnie tutaj zaczyna się problem proporcji.
5 lat za samochody. 8 lat za trzy życia
Postawmy te liczby obok siebie:
uszkodzenie czterech samochodów – do 5 lat więzienia.
śmierć trojga ludzi – do 8 lat więzienia.
Oczywiście nie oznacza to, że wandal z Bemowa automatycznie dostanie pięć lat.
Najprawdopodobniej sąd będzie oceniał konkretny stopień winy, wysokość szkody, wcześniejszą karalność, sposób działania i wiele innych okoliczności.
Podobnie 8 lat w sprawie Majtczaka jest ustawowym maksimum wynikającym z przyjętej kwalifikacji prawnej, a nie informacją o przyszłym wyroku.
Ale problem pozostaje.
Proporcja ustawowych zagrożeń może budzić zdumienie.
Co stracił właściciel zniszczonego samochodu?
Uszkodzony samochód można naprawić.
Szybę można wymienić.
Karoserię można polakierować.
7 tys. zł można odzyskać w ramach naprawienia szkody, ubezpieczenia albo egzekucji od sprawcy.
Pokrzywdzony może przez kilka dni nie mieć samochodu.
Może ponieść koszty.
Może czuć złość i poczucie zagrożenia.
To niewątpliwie realna szkoda społeczna i osobista.
Ale jest odwracalna.
A co straciła rodzina ofiar z A1?
Tego naprawić się nie da.
Nie można kupić nowej córki.
Nie można wymienić zabitego syna.
Nie można przywrócić wnuka.
Nie da się wypłacić pieniędzy i powiedzieć:
„szkoda została naprawiona”.
Matka jednej z ofiar mówiła przed sądem o skutkach tragedii dla całej rodziny. Rodzice stracili córkę, zięcia i wnuka w jednym zdarzeniu.
I właśnie tutaj pojęcie społecznej szkodliwości czynu nabiera zupełnie innego znaczenia.
Społeczna szkodliwość: cztery szyby kontra trzy życia
Kodeks karny nakazuje przy ocenie społecznej szkodliwości brać pod uwagę między innymi rodzaj naruszonego dobra, rozmiar szkody, sposób działania sprawcy oraz okoliczności czynu.
Najważniejsze dobra chronione przez prawo nie mają takiej samej wartości.
Na samym szczycie znajduje się życie człowieka.
Dopiero później zdrowie, wolność, bezpieczeństwo i własność.
Samochód jest mieniem.
Człowiek nie jest mieniem.
I dlatego intuicja społeczna buntuje się, gdy maksymalne kary za przestępstwo przeciwko własności oraz za czyn skutkujący śmiercią całej rodziny znajdują się stosunkowo blisko siebie.
To nie znaczy, że za wandalizm należy karać łagodniej
Tu warto uważać na prosty wniosek.
Problemem nie jest to, że za celowe niszczenie cudzej własności grozi do 5 lat.
Ktoś, kto nocą chodzi po osiedlu i demoluje kolejne samochody, nie popełnia niewinnego wybryku.
Prawo powinno odstraszać przed takim zachowaniem.
Pytanie powinno brzmieć inaczej:
czy w najpoważniejszych przestępstwach drogowych prawo przez lata nie było po prostu zbyt łagodne?
To ogromna różnica.
Dlaczego Majtczakowi nie grozi 15 albo 25 lat?
Odpowiedź leży w konstrukcji polskiego prawa karnego.
Spowodowanie śmiertelnego wypadku drogowego jest zasadniczo traktowane jako przestępstwo nieumyślne.
To oznacza, że sprawca nie chce zabić człowieka.
Narusza zasady bezpieczeństwa i w konsekwencji powoduje śmierć.
Zupełnie inaczej skonstruowane jest zabójstwo, gdzie wymagany jest zamiar – bezpośredni albo ewentualny.
I właśnie o tę granicę od początku toczy się spór w sprawie A1.
Rodzina ofiar domagała się, aby czyn został zakwalifikowany nie jako zwykły śmiertelny wypadek, ale jako zabójstwo. Pełnomocnik bliskich oficjalnie wystąpił o zmianę kwalifikacji prawnej.
Prokuratura pozostała jednak przy zarzucie spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym.
Czy przy ogromnej prędkości można nadal mówić wyłącznie o nieumyślności?
To właśnie jest sedno społecznego sporu.
Jeżeli ktoś popełni zwykły błąd na drodze – zagapi się, źle oceni odległość albo wpadnie w poślizg – traktowanie go jak zabójcy byłoby absurdem.
Ale co w sytuacji, gdy kierowca świadomie rozwija skrajnie wysoką prędkość?
Czy można zawsze powiedzieć:
„nie chciał nikogo zabić”?
Być może nie chciał.
Ale pozostaje inne pytanie:
czy przewidywał, że przy takim sposobie jazdy może doprowadzić do śmierci innych ludzi i mimo tego kontynuował jazdę?
Na tym opiera się koncepcja zamiaru ewentualnego.
I właśnie dlatego sprawa A1 stała się jednym z najważniejszych przykładów w dyskusji o tzw. zabójstwie drogowym.
Prawo zostało już zaostrzone. Ale dla tej sprawy nie można go zastosować wstecz
Od 2026 r. przepisy dotyczące najbardziej niebezpiecznych zachowań drogowych są surowsze.
Wprowadzono między innymi nowe regulacje dotyczące brawurowej jazdy i kwalifikowanych przypadków śmiertelnych wypadków.
Nie można jednak automatycznie zastosować nowych, surowszych przepisów do czynu z 2023 r.
W prawie karnym obowiązuje fundamentalna zasada:
sprawcy nie można wstecznie zastosować ustawy surowszej niż ta, która obowiązywała w chwili popełnienia czynu.
Dlatego dyskusja o sprawie Majtczaka pokazuje nie tylko problem samego procesu.
Pokazuje też skutki prawa, które ustawodawca stworzył wiele lat wcześniej.
Kto właściwie ustala takie prawo w Polsce?
Nie policja.
Nie prokurator prowadzący daną sprawę.
Nie pojedynczy sędzia.
Treść Kodeksu karnego uchwala Sejm, następnie ustawą zajmuje się Senat, a po zakończeniu procesu legislacyjnego podpisuje ją Prezydent RP.
Projekty mogą przygotowywać między innymi rząd i posłowie.
To właśnie politycy przez kolejne kadencje decydowali, jak wysoka kara grozi za:
kradzież,
wandalizm,
oszustwo,
pobicie,
spowodowanie śmierci,
czy przestępstwa drogowe.
Dlatego kiedy społeczeństwo pyta:
„kto stworzył tak niedorzeczne proporcje?”
odpowiedź brzmi:
kolejne parlamenty i kolejne rządy, które przez lata kształtowały polski Kodeks karny.
Najbardziej niezrozumiałe jest to, jak długo ignorowano przestępczość drogową
Przez wiele lat w Polsce istniała charakterystyczna pobłażliwość wobec skrajnych zachowań kierowców.
Ktoś mógł mieć kolejne zakazy prowadzenia pojazdów.
Mógł zostać ponownie zatrzymany.
Mógł ponownie prowadzić.
Dopóki nie wydarzyła się tragedia, społeczeństwo często słyszało o kolejnych mandatach, zakazach i wyrokach w zawieszeniu.
Dopiero seria bardzo głośnych tragedii zaczęła wymuszać zmianę podejścia.
To między innymi dlatego dziś coraz częściej pojawia się pojęcie „zabójstwa drogowego”.
Jedna rzecz wymaga uczciwego dopowiedzenia
Nie można napisać, że polskie prawo uważa wybicie czterech szyb za czyn „prawie tak poważny” jak zabicie trzech ludzi.
Tak prawo nie działa.
Ustawowe maksimum to tylko jedna z wielu informacji.
Uszkodzenie mienia i spowodowanie śmiertelnego wypadku mają zupełnie inne znamiona, inne dolne granice kary, inną praktykę orzeczniczą i inne znaczenie społeczne.
Ale można postawić inne, bardzo zasadne pytanie:
czy maksymalna kara 8 lat przewidziana przez prawo właściwe dla sprawy A1 była adekwatna do najbardziej drastycznych przypadków drogowych?
I tu odpowiedź ustawodawcy wydaje się oczywista.
Skoro później prawo zostało zaostrzone, to najwyraźniej również państwo uznało, że wcześniejszy system był niewystarczający.
7000 zł kontra trzy ludzkie życia
Zestawienie sprawy z Bemowa i tragedii na A1 jest brutalne, ale dobrze pokazuje problem.
Na Bemowie straty wynoszą ponad 7000 zł.
Na A1 straty nie da się wyrazić w złotówkach.
Zginęli:
matka,
ojciec,
dziecko.
Trzy osoby.
Cała najbliższa rodzina.
Samochód można naprawić.
Człowieka nie.
Komentarz redakcji Niesprawiedliwa Polska
Nie postulujemy bezmyślnego podnoszenia wszystkich kar.
Prawo karne nie może być tworzone wyłącznie pod wpływem emocji po kolejnej tragedii.
Ale powinno zachowywać elementarne proporcje.
Jeżeli za zdemolowanie kilku samochodów ustawodawca przewiduje karę sięgającą 5 lat więzienia, obywatel ma prawo pytać, dlaczego przez lata najbardziej drastyczne przypadki śmiertelnych przestępstw drogowych kończyły się ustawowym maksimum wynoszącym niewiele więcej.
Pięć lat za mienie. Osiem lat za czyn, którego skutkiem jest śmierć całej rodziny.
To nie znaczy, że oba przestępstwa są prawnie równoważne.
Nie są.
Pokazuje jednak, jak bardzo polski system przez lata nie nadążał za społecznym postrzeganiem skrajnej przestępczości drogowej.
I dlatego pytanie pozostaje aktualne:
Kto ustala tak niedorzeczne prawo w Polsce?
Bo samochód można odkupić.
Szybę można wymienić.
Lakier można naprawić.
Ale życia trzyosobowej rodziny nie naprawi już żaden sąd, żadne odszkodowanie i żaden wyrok.



