Szpital w Miastku znalazł się w procedurze upadłościowej, ponad 180 pracowników może stracić zatrudnienie, część personelu od miesięcy czeka na pieniądze, a mieszkańcy muszą szukać pomocy medycznej dziesiątki kilometrów od domu. Jednocześnie burmistrz Miastka mówił mediom o wynagrodzeniach lekarzy sięgających nawet 140 tys. zł miesięcznie i pielęgniarek do 27 tys. zł. Trudno o bardziej brutalny obraz problemów polskiej ochrony zdrowia: pieniędzy brakuje na funkcjonowanie placówki, ale wcześniej znajdowały się ogromne kwoty na kontrakty medyczne.
Szpital w Miastku tonie w długach
Sytuacja Szpitala Miejskiego w Miastku jest dramatyczna.
Według Radia Gdańsk zadłużenie placówki wynosi około 50 mln zł, a liczba wierzycieli przekracza 260. Szpital utracił również kluczowe źródło finansowania – kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia. Umowa wygasła w związku z problemami kadrowymi.
Jeszcze pod koniec lipca na oficjalnej stronie szpitala pojawiła się informacja o zawieszeniu od 1 sierpnia działalności oddziałów i pracowni. Wcześniej zawieszono m.in. działalność oddziału chirurgicznego, intensywnej opieki medycznej oraz oddziału chorób wewnętrznych.
To nie jest więc kryzys, który pojawił się z dnia na dzień.
To proces, który rozwijał się na oczach władz, pracowników, NFZ i lokalnej społeczności.
Lekarz za 140 tys. zł miesięcznie?
Najbardziej bulwersujące są jednak informacje dotyczące wynagrodzeń.Pisaliśmy już o tym w innym artykule.
Burmistrz Miastka Jerzy Wójtowicz przekazał „Faktowi”, że szpital, próbując pozyskać personel, oferował lekarzom wynagrodzenia sięgające nawet 140 tys. zł miesięcznie, natomiast pielęgniarkom nawet 27 tys. zł.
Oczywiście trzeba podkreślić, że są to maksymalne kwoty podane przez burmistrza i bez poznania konkretnych kontraktów, liczby godzin, zakresu obowiązków oraz specjalizacji nie można twierdzić, że takie wynagrodzenia były standardem dla całego personelu.
Ale sama informacja o możliwości wypłacania takich pieniędzy w niewielkim szpitalu powinna wywołać bardzo poważną debatę.
Bo jeżeli placówka była zmuszona płacić pojedynczym specjalistom kwoty odpowiadające wynagrodzeniom zarządów dużych przedsiębiorstw tylko po to, żeby utrzymać możliwość świadczenia usług, to oznacza, że problem jest znacznie większy niż błędy jednego dyrektora czy jednego samorządu.
To pytanie o cały system.
Jak to możliwe, że państwowy system pozwala na taką sytuację?
Mechanizm jest absurdalny.
Szpital potrzebuje lekarzy, żeby realizować kontrakt z NFZ.
Bez lekarzy nie może wykonywać świadczeń.
Bez świadczeń traci finansowanie.
Żeby pozyskać lekarzy do mniejszej miejscowości, musi zaoferować bardzo wysokie stawki.
Rosną koszty.
Placówka zaczyna się zadłużać.
A gdy problemy kadrowe stają się zbyt duże, traci możliwość realizacji kontraktu i tym samym jedno z podstawowych źródeł przychodów.
Koło się zamyka.
Tyle że ostateczny rachunek płaci nie minister, nie urzędnik NFZ, nie dyrektor i nie lekarz negocjujący kontrakt.
Rachunek płaci pacjent.
Ponad 180 osób zagrożonych utratą pracy
Według relacji Radia Gdańsk grupowe zwolnienia mają objąć ponad 180 pracowników, a niemal drugie tyle osób współpracowało ze szpitalem na podstawie kontraktów.
Jeszcze bardziej bulwersująca jest informacja, że część personelu od miesięcy nie otrzymywała należnych wynagrodzeń.
Mamy więc sytuację wręcz groteskową.
Z jednej strony pojawiają się informacje o kontraktach medycznych mogących sięgać dziesiątek, a nawet ponad stu tysięcy złotych miesięcznie.
Z drugiej – inni pracownicy czekają miesiącami na swoje pieniądze.
Gdzie był nadzór właścicielski?
Kiedy było wiadomo, że sytuacja staje się niebezpieczna?
Jak rosło zadłużenie?
Kto zatwierdzał poszczególne kontrakty?
Czy wcześniej można było rozpocząć skuteczną restrukturyzację?
I przede wszystkim: kto poniesie odpowiedzialność za doprowadzenie placówki do obecnego stanu?
Mieszkańcy wyszli na ulice. Marsz milczenia w Miastku
27 sierpnia mieszkańcy powiedzieli: dość.
Przez Miastko przeszedł marsz milczenia w obronie szpitala. Według organizatorów mogło w nim uczestniczyć nawet około tysiąca osób.
Nie było politycznych okrzyków ani awantur.
Był za to symboliczny wieniec i znicz złożone przed Urzędem Miejskim.
Organizatorka protestu Wiesława Szukalska określiła przemarsz jako „cichy krzyk” mieszkańców.
I trudno się temu dziwić.
Do lekarza 47 albo 60 kilometrów
Dla mieszkańca dużego miasta zamknięcie lokalnej placówki może brzmieć jak kolejna informacja o problemach ochrony zdrowia.
Dla mieszkańca Miastka może oznaczać coś zupełnie innego.
Według „Faktu” mieszkańcy wskazują, że do specjalistycznej pomocy w Bytowie mają około 47 km, a do Słupska około 60 km.
Radio Gdańsk wskazywało również inne miasta, w których pacjenci mogą obecnie szukać pomocy: Chojnice, Kościerzynę czy Człuchów.
Dla zdrowego czterdziestolatka posiadającego samochód może to być niedogodność.
Dla 80-letniej osoby samotnej, chorego onkologicznie, osoby po udarze albo pacjenta wymagającego regularnej rehabilitacji może to być ogromny problem.
W ochronie zdrowia odległość ma znaczenie.
Czasami fundamentalne.
A gdzie jest państwo?
I tutaj dochodzimy do sedna sprawy.
Polacy płacą składkę zdrowotną. Przedsiębiorcy przekazują każdego miesiąca ogromne pieniądze do systemu. Budżet państwa przeznacza na ochronę zdrowia dziesiątki miliardów złotych.
Mimo tego lokalny szpital może dojść do sytuacji, w której ma około 50 mln zł zadłużenia, setki wierzycieli, zaległości wobec pracowników i problemy z utrzymaniem podstawowej działalności.
Można oczywiście powiedzieć: winne było złe zarządzanie.
Być może.
Ale jeśli tak było, trzeba zapytać:
kto to zarządzanie kontrolował?
Jeżeli natomiast problemem był system finansowania i dramatyczny brak lekarzy, należy zapytać:
dlaczego państwo dopuściło do sytuacji, w której dostęp mieszkańców całego regionu do podstawowej opieki zależy od możliwości przebijania astronomicznych stawek kontraktowych?
140 tys. zł dla lekarza i brak pieniędzy dla pracowników – symbol chorego systemu?
Nie chodzi o rozpoczynanie nagonki na lekarzy.
Specjalista ma prawo negocjować swoje wynagrodzenie. Jeżeli ktoś legalnie oferuje mu określoną kwotę za pracę, trudno oczekiwać, że dobrowolnie zażąda mniej.
Problem leży gdzie indziej.
Jak skonstruowaliśmy system, w którym niewielki szpital może być zmuszony oferować 100 czy 140 tys. zł miesięcznie, żeby w ogóle znaleźć specjalistę?
Jeżeli lokalne placówki zaczynają licytować się o ograniczoną liczbę lekarzy, bogatszy szpital może przebić biedniejszy.
Lekarz zmienia miejsce pracy.
Pierwsza placówka zostaje bez obsady.
Oddział nie spełnia wymogów.
NFZ przestaje finansować świadczenia.
Szpital traci przychody.
Pacjent zostaje z niczym.
To nie wygląda jak sprawnie działający system publicznej ochrony zdrowia.
Mieszkańcy chcą referendum
Kryzys szpitala przerodził się już w kryzys polityczny.
W Miastku rozpoczęto zbieranie podpisów pod inicjatywą referendum dotyczącą odwołania burmistrza oraz rady miejskiej.
Według Polskiego Radia Koszalin wniosek w tej sprawie trafił już do Komisarza Wyborczego w Słupsku.
To pokazuje skalę społecznych emocji.
Ludzie najwyraźniej nie chcą już słuchać jedynie wyjaśnień, dlaczego czegoś nie dało się zrobić.
Chcą wiedzieć, kto odpowiada za doprowadzenie szpitala do obecnego stanu.
Upadek szpitala powinien zostać dokładnie rozliczony
Sprawa Miastka nie może zakończyć się prostym komunikatem: „szpital był zadłużony, więc upadł”.
Przy zadłużeniu liczonym w dziesiątkach milionów złotych społeczeństwo ma prawo poznać szczegóły.
Powinny zostać ujawnione i przeanalizowane m.in.:
- wynagrodzenia i kontrakty kadry medycznej oraz zarządzającej,
- tempo narastania zadłużenia,
- zobowiązania wobec pracowników i dostawców,
- działania kolejnych zarządów szpitala,
- nadzór właścicielski gminy,
- relacje finansowe z NFZ,
- przyczyny utraty kontraktów,
- działania podejmowane w celu restrukturyzacji placówki.
Nie po to, żeby urządzić publiczny lincz.
Po to, żeby ustalić dlaczego szpital obsługujący tysiące mieszkańców został doprowadzony do sytuacji, w której jego dalsze funkcjonowanie stanęło pod znakiem zapytania.
Niesprawiedliwa Polska: na końcu zawsze płaci zwykły człowiek
Historia szpitala w Miastku pokazuje coś, co w Polsce powtarza się niebezpiecznie często.
Kiedy system działa, odpowiedzialność jest rozproszona pomiędzy dziesiątki instytucji.
Kiedy system przestaje działać, konsekwencje stają się bardzo konkretne.
Ponad 180 osób może stracić pracę.
Pracownicy czekają na zaległe wynagrodzenia.
Pacjenci muszą jeździć kilkadziesiąt kilometrów do lekarza.
Starsi mieszkańcy zastanawiają się, kto udzieli im pomocy.
A szpital ma około 50 mln zł długu.
I właśnie dlatego w sprawie Miastka najważniejsze pytanie nie brzmi już: „czy szpital miał problemy?”.
To wiemy.
Pytanie brzmi:
Kto pozwolił, żeby problemy urosły do takich rozmiarów – i czy ktokolwiek poniesie za to realną odpowiedzialność?
Bo jeżeli po raz kolejny skończy się jedynie na zmianie zarządu, politycznych oskarżeniach i przerzucaniu odpowiedzialności pomiędzy samorządem, NFZ a kolejnymi dyrektorami, to za kilka lat podobny marsz milczenia może przejść ulicami następnego polskiego miasta.



