60-letni rolnik z Gliwic zaorał pługiem świeżo wyremontowaną drogę. Straty miasto wyceniło na około 400 tys. zł. Mężczyzna został zatrzymany, doprowadzony w kajdankach do prokuratury, a sąd zastosował wobec niego trzy miesiące tymczasowego aresztu. Za zniszczenie mienia znacznej wartości grozi mu nawet 10 lat więzienia. Tymczasem Sebastianowi Majtczakowi, oskarżonemu o spowodowanie katastrofalnego w skutkach wypadku na A1, w którym zginęli rodzice i ich 5-letni syn, grozi maksymalnie 8 lat. Czy polski system karny zachowuje jeszcze elementarne proporcje?
To zestawienie robi ogromne wrażenie.
10 lat za asfalt.
8 lat za czyn, którego skutkiem była śmierć całej trzyosobowej rodziny.
Nie oznacza to oczywiście, że rolnik dostanie 10 lat, ani że Majtczak zostanie skazany na 8 lat. To maksymalne ustawowe zagrożenia wynikające z odmiennych kwalifikacji prawnych.
Ale właśnie te liczby pokazują problem, o którym piszemy od dawna: polski system kar bywa niezwykle surowy wobec mienia, a przez lata pozostawał zaskakująco łagodny wobec najbardziej drastycznych przestępstw drogowych.
Zaorał asfalt. Zatrzymanie, kajdanki i trzy miesiące aresztu
Do zdarzenia doszło 7 sierpnia 2026 r. na ul. Rybackiej w gliwickiej dzielnicy Ostropa.
60-letni rolnik wjechał Ursusem z pługiem na świeżo położony asfalt i zniszczył około 200–300 metrów nawierzchni. Według miasta uszkodzona została nie tylko warstwa asfaltowa, lecz także podbudowa drogi. Wstępnie straty oceniono na około 400 tys. zł.
Mężczyzna został zatrzymany na gorącym uczynku.
Był trzeźwy.
Policja zabezpieczyła jego ciągnik, który nie posiadał obowiązkowego OC. Następnie 60-latek został doprowadzony do prokuratury z rękami skutymi z tyłu.
Zdjęcia wywołały burzę w internecie.
Komentujący pytali, dlaczego starszego rolnika podejrzanego o przestępstwo przeciwko mieniu prowadzi się w sposób kojarzący się z zatrzymaniem szczególnie niebezpiecznego przestępcy. „Fakt” zebrał liczne reakcje internautów porównujących sposób doprowadzenia do traktowania mordercy.
Rolnikowi grozi nawet 10 lat więzienia
Prokuratura Rejonowa Gliwice-Zachód postawiła mężczyźnie zarzut zniszczenia mienia znacznej wartości.
Za taki czyn grozi od roku do 10 lat pozbawienia wolności.
I właśnie wysokość ustawowego zagrożenia stała się jednym z argumentów prokuratury za skierowaniem do sądu wniosku o trzymiesięczne tymczasowe aresztowanie. Sąd ten wniosek zaakceptował.
Tak więc w ciągu kilkudziesięciu godzin rolnik:
został zatrzymany,
stracił ciągnik,
został doprowadzony w kajdankach,
usłyszał zarzut zagrożony 10-letnim więzieniem,
a następnie trafił na trzy miesiące do aresztu.
To niezwykle zdecydowana reakcja organów ścigania.
Prawnik: trudno zrozumieć zastosowanie aresztu
Co istotne, kontrowersje nie ograniczają się do internetowych komentarzy.
Adwokat Arkadiusz Szymański w rozmowie z Onetem powiedział, że trudno mu zrekonstruować przesłanki, które uzasadniałyby izolowanie rolnika w tej sprawie. Zwrócił uwagę, że trudno mówić o realnej obawie ucieczki w przypadku człowieka tak silnie związanego z miejscem, którego dotyczy cały konflikt.
To bardzo ważne.
Tymczasowy areszt nie jest karą.
Ma zabezpieczać prawidłowy tok postępowania.
Jeżeli nie występuje realna obawa ucieczki, matactwa czy dalszego popełniania przestępstw, powinno się zadać pytanie, czy tak daleko idący środek był rzeczywiście konieczny.
Trzeba jednak powiedzieć jasno: rolnik nie jest tutaj niewinną ofiarą państwa
Rzetelność wymaga przedstawienia również drugiej strony.
Rolnik rzeczywiście zniszczył nową drogę.
Sam przyznał się do zaorania nawierzchni.
Nie był to przypadkowy przejazd traktorem czy awaria maszyny.
Według miasta od wielu lat trwał konflikt dotyczący gruntów, ale działki zostały przejęte przez gminę na podstawie decyzji administracyjnych. Jedna z nich miała zostać przejęta ponad 20 lat wcześniej, a za dwie kolejne przygotowano odszkodowanie, którego rolnik nie przyjął; pieniądze trafiły do depozytu sądowego.
Miasto twierdzi również, że stan własności jest ujawniony w księgach wieczystych i ewidencji gruntów.
Nie można zatem przedstawiać sprawy w taki sposób, jak gdyby miasto bezprawnie wylało asfalt na prywatnym polu, a rolnik jedynie orał własną ziemię.
Na podstawie obecnie dostępnych informacji takie twierdzenie byłoby nieprawdziwe.
Ale proporcje nadal budzą ogromne pytania
Można jednocześnie uznać, że rolnik powinien odpowiedzieć za świadome zniszczenie mienia publicznego i pytać:
czy rzeczywiście powinien za taki czyn trafiać natychmiast do aresztu i odpowiadać przed sądem z perspektywą nawet 10 lat więzienia?
Tym bardziej gdy zestawimy tę sprawę z innymi.
Najbardziej jaskrawy przykład to tragedia na autostradzie A1.
Sebastian Majtczak – trzy osoby nie żyją, maksymalnie 8 lat
16 września 2023 r. na autostradzie A1 koło Piotrkowa Trybunalskiego doszło do wypadku, w którym zginęli:
ojciec, matka oraz ich 5-letni syn.
Prokuratura oskarża Sebastiana Majtczaka o spowodowanie śmiertelnego wypadku. Według materiału przedstawianego podczas procesu BMW poruszało się przed zdarzeniem z ekstremalnie wysoką prędkością; biegły, którego opinii używa oskarżenie, wskazuje na najechanie BMW na tył Kii.
Majtczak nie przyznaje się do spowodowania tragedii, więc do czasu prawomocnego wyroku pozostaje oskarżonym, a nie skazanym.
Ale jeśli zostanie uznany za winnego z aktualnej kwalifikacji prawnej, grozi mu maksymalnie:
8 lat więzienia.
I tu system wpada we własną pułapkę
Rolnik:
zniszczył asfalt – do 10 lat.
Majtczak:
jest oskarżony o spowodowanie wypadku, w którym zginęła trzyosobowa rodzina – do 8 lat.
Nie jest prawdą, że prawo uważa te czyny za identyczne.
Nie jest również prawdą, że zaoranie asfaltu jest „cięższym przestępstwem niż zabicie rodziny” w ogólnym sensie prawnym.
Ale faktem jest, że maksymalne zagrożenie ustawowe w sprawie przeciwko mieniu jest o dwa lata wyższe niż maksymalna kara wynikająca z kwalifikacji przyjętej wobec Majtczaka.
I właśnie ta dysproporcja powinna być przedmiotem poważnej debaty.
Asfalt można odbudować. Rodziny nie
Miasto szacuje straty na około 400 tys. zł.
To duża kwota.
Ale drogę można naprawić.
Można zerwać uszkodzoną nawierzchnię.
Można ponownie wykonać podbudowę.
Można położyć asfalt.
Można dochodzić od sprawcy odszkodowania.
Można zająć jego majątek.
Można rozłożyć należność na raty.
Pieniądze można odzyskać.
A co można zrobić ze śmiercią pięcioletniego dziecka?
Nic.
Jak odbudować życie rodziców, którzy stracili dziecko?
Nie można.
Jak zwrócić rodzinie córkę, syna i wnuka?
Nie można.
I dlatego porównanie tych spraw tak mocno oddziałuje na opinię publiczną.
Nie dlatego, że rolnik nie powinien odpowiadać.
Tylko dlatego, że ludzkie życie powinno być dla prawa dobrem nieporównywalnie ważniejszym niż asfalt.
Dlaczego Majtczakowi grozi „tylko” 8 lat?
Przyczyna jest przede wszystkim prawna.
Wypadek miał miejsce w 2023 r., a sprawca musi być sądzony według przepisów obowiązujących w czasie czynu, chyba że późniejsza ustawa jest dla niego względniejsza.
Nie można zastosować wobec niego nowych, surowszych regulacji uchwalonych później.
Jednocześnie prokuratura zakwalifikowała jego czyn jako spowodowanie wypadku komunikacyjnego ze skutkiem śmiertelnym, a nie zabójstwo z zamiarem ewentualnym.
I właśnie dlatego górna granica kary wynosi osiem lat. Aktualne relacje z procesu nadal wskazują tę samą maksymalną karę.
To nie policjant ani sędzia wymyślił tę granicę.
Zrobił to ustawodawca.
Czy więc możemy mówić o „kompromitacji policji”?
Tutaj trzeba rozdzielić odpowiedzialność.
Policja zatrzymała rolnika i wykonała czynności związane z doprowadzeniem.
Ale to nie policja zdecydowała o 10-letnim ustawowym zagrożeniu.
To wynika z Kodeksu karnego.
Nie policja również zdecydowała o trzymiesięcznym areszcie.
Prokurator złożył wniosek, a sąd zastosował areszt.
Dlatego określenie tej sprawy wyłącznie jako „kompromitacji policji” byłoby zbyt uproszczone.
Jeżeli chcemy krytykować, trzeba krytykować precyzyjnie.
Problem dotyczy jednocześnie:
ustawodawcy, który stworzył takie widełki kar, prokuratury, która wystąpiła o areszt, oraz sądu, który uznał ten środek za konieczny.
Zachowanie samej policji – w tym sposób zakucia 60-latka – może natomiast podlegać osobnej ocenie pod względem proporcjonalności.
Dlaczego rolnik został skuty jak groźny przestępca?
Tu również warto unikać uproszczeń.
Kajdanki nie są zarezerwowane dla morderców.
Policja może stosować środki przymusu także wobec osób podejrzanych o inne przestępstwa, jeżeli zachodzą określone przesłanki bezpieczeństwa.
Sam widok człowieka w kajdankach nie dowodzi więc nadużycia.
Ale obywatel ma pełne prawo zapytać:
jakie konkretnie zagrożenie stwarzał 60-letni rolnik doprowadzany do prokuratury?
Był trzeźwy.
Nie uciekł z Polski.
Został zatrzymany na miejscu.
Nie jest podejrzany o przestępstwo przeciwko życiu i zdrowiu.
Jeżeli istniały konkretne przesłanki do takiego sposobu doprowadzenia – policja może je wyjaśnić.
Areszt jest tu znacznie ważniejszą kwestią niż kajdanki
Internet skupił się na zdjęciu rolnika prowadzonego w klapkach i kajdankach.
Ale znacznie poważniejszym problemem jest coś innego.
Trzy miesiące pozbawienia wolności przed wyrokiem.
Rolnik nie został jeszcze skazany.
Tymczasowy areszt ma charakter wyjątkowy.
Tym bardziej istotne są słowa cytowanego przez Onet karnisty, który publicznie zakwestionował potrzebę takiej izolacji.
I właśnie tutaj organy państwa powinny bardzo jasno pokazać, dlaczego dozór policji, poręczenie majątkowe, zakaz kontaktowania się z określonymi osobami czy inne środki nie wystarczały.
Porównanie z Majtczakiem jest szczególnie bolesne
Majtczak również przebywa obecnie w areszcie.
Tutaj jednak sąd wskazuje między innymi na realną obawę ucieczki, powołując się na fakt, że po zdarzeniu wyjechał poza Unię Europejską i jego sprowadzenie do Polski trwało bardzo długo. Jego areszt przedłużono do 1 października 2026 r.
To pokazuje ważną różnicę.
W sprawie Majtczaka istnieje konkretny, już zrealizowany wcześniej scenariusz wyjazdu za granicę.
W przypadku rolnika media nie przedstawiły dotychczas podobnego faktu.
Dlatego zestawienie obu przypadków rodzi pytanie o proporcjonalność środków zapobiegawczych, nie tylko o kary.
To kolejny przykład, że polskie prawo wymaga uporządkowania
Niedawno opisywaliśmy przypadek warszawskiego wandala, któremu za zniszczenie czterech samochodów groziło do 5 lat więzienia.
Teraz mamy:
10 lat za zaoranie drogi wartej około 400 tys. zł.
A obok tego:
8 lat w sprawie śmierci całej rodziny na A1.
Nie chodzi o to, żeby przestać chronić własność.
Mienie publiczne jest finansowane przez wszystkich podatników.
Celowe niszczenie drogi powinno zostać ukarane, a sprawca powinien naprawić szkodę.
Ale prawo powinno również tworzyć czytelną hierarchię dóbr.
Życie człowieka musi znajdować się zdecydowanie wyżej niż asfalt, samochód czy szyba.
Największym problemem jest nie 10 lat za asfalt. Problemem jest 8 lat za trzy życia
To bardzo ważne rozróżnienie.
Można dyskutować, czy kara do 10 lat za świadome wyrządzenie szkody wartości kilkuset tysięcy złotych jest przesadna.
Ale prawdziwy skandal systemowy znajduje się gdzie indziej.
Przez lata ustawodawca pozwalał, aby w najbardziej drastycznych przypadkach przestępczości drogowej śmierć kilku osób nadal mieściła się w przepisach przewidujących maksymalnie kilka lat więzienia.
Dlatego społeczeństwo obserwuje dziś absurdalne zestawienia:
mienie – 10 lat,
trzy życia – 8 lat.
Komentarz redakcji Niesprawiedliwa Polska
Rolnik z Gliwic nie powinien być przedstawiany jako człowiek całkowicie niewinny.
Świadomie wjechał pługiem na drogę i ją zniszczył.
Powinien odpowiedzieć.
Powinien również naprawić wyrządzoną szkodę, jeśli sąd potwierdzi jego winę.
Ale czym innym jest odpowiedzialność, a czym innym proporcjonalność reakcji państwa.
Kajdanki.
Trzymiesięczny areszt.
Zarzut zagrożony dziesięcioma latami więzienia.
A wszystko to w sprawie dotyczącej zniszczenia mienia.
Obok mamy proces, w którym zginęli rodzice i pięcioletnie dziecko, a oskarżonemu grozi maksymalnie osiem lat.
Jeżeli obywatel patrzy na te dwie liczby i mówi:
„coś jest nie tak z polskim prawem”
– trudno mu odmówić prawa do takiego wniosku.
Nie dlatego, że asfalt można niszczyć bezkarnie.
Dlatego, że trzy ludzkie życia powinny być przez system prawny chronione nieporównywalnie mocniej.
I właśnie na tym polega prawdziwy problem tej historii.



