Trzy młode osoby zginęły w czołowym zderzeniu na DK24 w Kamionnej. Według policji kierujący Mercedesem 48-latek był nietrzeźwy, zjechał na przeciwległy pas i uderzył w Peugeota, którym jechali młodzi ludzie. Podejrzany usłyszał zarzuty i trafił do aresztu. Grozi mu nawet 20 lat więzienia. Po raz kolejny wraca jednak pytanie: czy Polska powinna wprost wprowadzić do Kodeksu karnego przestępstwo określane jako „zabójstwo drogowe”?
To pytanie nie jest nowe. Wraca po kolejnych tragediach, gdy człowiek świadomie wsiada za kierownicę po alkoholu, łamie podstawowe zasady bezpieczeństwa, jedzie z ogromną prędkością albo ignoruje wcześniejsze zakazy prowadzenia pojazdów.
A później giną przypadkowi ludzie.
Tragedia na DK24. Trzy młode osoby nie żyją
Do tragicznego zdarzenia doszło w nocy 30 lipca 2026 r. w miejscowości Kamionna w Wielkopolsce.
Według informacji policji i mediów 48-letni kierowca Mercedesa zjechał na przeciwległy pas ruchu i doprowadził do czołowego zderzenia z Peugeotem.
Peugeotem podróżowały trzy młode osoby: 22-letni kierowca oraz pasażerowie w wieku 18 i 19 lat. Cała trójka zginęła na miejscu.
Mercedesem podróżował 48-letni kierowca wraz z rodziną. Cztery osoby znajdujące się w tym samochodzie zostały przewiezione do szpitali. Według policji kierujący Mercedesem był nietrzeźwy.
1 sierpnia mężczyzna usłyszał zarzuty dotyczące spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym w stanie nietrzeźwości. Sąd zastosował wobec niego trzymiesięczny tymczasowy areszt. Według informacji przekazanych przez „Fakt” podejrzanemu grozi kara do 20 lat pozbawienia wolności.
I właśnie tutaj zaczyna się problem szerszy niż jeden konkretny wypadek.
Czy to nadal jest tylko „wypadek”?
W języku potocznym tragedie drogowe bardzo często określamy słowem „wypadek”.
W wielu przypadkach jest to oczywiście właściwe określenie. Kierowca może popełnić błąd, źle ocenić sytuację, stracić panowanie nad samochodem lub wskutek chwilowej nieuwagi doprowadzić do tragicznego zdarzenia.
Ale istnieje również zupełnie inna kategoria zachowań.
Kierowca:
- świadomie pije alkohol, a następnie wsiada za kierownicę,
- jedzie 150, 200 czy 250 km/h po drodze publicznej,
- urządza wyścig,
- ignoruje czerwone światła,
- prowadzi mimo sądowych zakazów,
- powtarza takie zachowania wielokrotnie.
W takich przypadkach społeczeństwo coraz częściej pyta:
w którym momencie przestajemy mówić o „wypadku”, a zaczynamy mówić o świadomym narażaniu innych ludzi na śmierć?
To właśnie wokół tego pytania od kilku lat toczy się dyskusja dotycząca zabójstwa drogowego.
Zabójstwo drogowe – w Polsce wciąż nie ma osobnego przestępstwa o takiej nazwie
Warto wyjaśnić jedną bardzo istotną rzecz.
Od 29 stycznia 2026 r. polskie prawo jest znacznie surowsze wobec najbardziej niebezpiecznych kierowców. Wprowadzono między innymi nowe przestępstwo brawurowej jazdy, odpowiedzialność za nielegalne wyścigi oraz zaostrzono kary za śmiertelne wypadki popełnione w szczególnie niebezpiecznych okolicznościach.
Nie wprowadzono jednak do Kodeksu karnego osobnej kategorii przestępstwa nazwanej wprost „zabójstwem drogowym”.
To niezwykle istotne rozróżnienie.
Jeszcze w styczniu 2025 r. samo Ministerstwo Sprawiedliwości informowało, że szczególnie drastyczne przestępstwa drogowe będą mogły być traktowane jako tzw. „zabójstwo drogowe”. Ówczesny minister sprawiedliwości Adam Bodnar zapowiadał wyodrębnienie okoliczności takich jak rażące przekroczenie prędkości czy prowadzenie mimo zakazu.
Finalnie ustawodawca poszedł jednak inną drogą.
Co zmieniło się 29 stycznia 2026 roku?
Nowelizacja Kodeksu karnego wprowadziła między innymi art. 178d dotyczący brawurowej jazdy.
Przestępstwem może być obecnie już samo zachowanie kierowcy, który równocześnie rażąco przekracza dopuszczalną prędkość, rażąco narusza inne zasady bezpieczeństwa i powoduje bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo zdrowia człowieka.
Co bardzo ważne – do wypadku nie musi nawet dojść.
To znacząca zmiana.
Przez lata ogromnym problemem było bowiem to, że najbardziej skrajna jazda mogła kończyć się zasadniczo mandatem, dopóki kierowca nikogo nie zabił ani ciężko nie zranił.
Nowe prawo daje możliwość reagowania wcześniej.
Jest również nowy art. 177 § 2a
Wprowadzono także kwalifikowaną postać śmiertelnego wypadku.
Art. 177 § 2a Kodeksu karnego obejmuje sytuacje, gdy sprawca powoduje śmiertelny wypadek między innymi:
podczas nielegalnego wyścigu, podczas brawurowej jazdy albo prowadząc samochód w okresie obowiązywania sądowego zakazu prowadzenia pojazdów.
Podstawowe zagrożenie za taki czyn wynosi od roku do 10 lat pozbawienia wolności. W przypadku dodatkowych okoliczności obciążających, takich jak nietrzeźwość, kara za śmiertelny wypadek może sięgnąć 20 lat.
Prawo zostało więc rzeczywiście zaostrzone.
Ale pozostaje pytanie, czy rozwiązano podstawowy problem.
Zabójstwo drogowe czy tylko surowszy wypadek?
To nie jest jedynie spór o nazwę.
W prawie karnym różnica pomiędzy nieumyślnym spowodowaniem śmierci a zabójstwem jest fundamentalna.
Klasyczny wypadek komunikacyjny jest przestępstwem nieumyślnym.
Zabójstwo wymaga natomiast zamiaru – również tzw. zamiaru ewentualnego. Chodzi o sytuację, w której człowiek nie musi chcieć konkretnej osoby zabić, ale przewiduje możliwość spowodowania śmierci i godzi się z takim ryzykiem.
I właśnie tutaj pojawia się największy problem dotyczący skrajnie niebezpiecznych zachowań kierowców.
Jeżeli ktoś jedzie przez miasto z prędkością ponad 200 km/h, prowadzi pijany albo urządza wyścig w normalnym ruchu ulicznym, trudno nie postawić pytania:
czy naprawdę nie przewiduje, że może kogoś zabić?
Prawo już teraz pozwala w wyjątkowych sytuacjach mówić o zabójstwie
Co ciekawe, do postawienia zarzutu zabójstwa drogowego w potocznym rozumieniu nie zawsze potrzebny jest nowy artykuł Kodeksu karnego.
Polskie sądy już wcześniej wskazywały, że w wyjątkowych okolicznościach zachowanie kierowcy może zostać zakwalifikowane jako zabójstwo z zamiarem ewentualnym na podstawie art. 148 Kodeksu karnego.
Problemem jest jednak udowodnienie, że sprawca rzeczywiście przewidywał możliwość śmierci człowieka i na nią się godził.
I dlatego w praktyce zdecydowana większość takich spraw pozostaje kwalifikowana jako przestępstwa komunikacyjne.
Łukasz Żak – przełom czy wyjątek?
Bardzo ważnym punktem w tej dyskusji jest niedawny wyrok dotyczący Łukasza Żaka.
Żak został skazany na 20 lat więzienia za tragedię na Trasie Łazienkowskiej.
To pokazuje, że również przy obecnych regulacjach możliwe jest wymierzenie niezwykle surowej kary.
I właśnie dlatego część prawników argumentuje, że tworzenie osobnego przestępstwa „zabójstwa drogowego” nie jest konieczne.
„Fakt” zwracał ostatnio uwagę, że wyrok w sprawie Żaka może być argumentem przeciwko tworzeniu nowego typu czynu zabronionego: obecny system pozwala już w najbardziej drastycznych przypadkach na kary sięgające 20 lat więzienia.
Ale sprawa ma również drugą stronę.
Wyrok Żaka jest wyjątkowo surowy właśnie dlatego, że sprawa była wyjątkowo drastyczna i wyjątkowo głośna.
Prawdziwy test systemu zobaczymy dopiero wtedy, gdy podobnie konsekwentnie będą traktowane dziesiątki mniej medialnych spraw.
Ministerstwo już w 2025 roku mówiło o „zabójstwie drogowym”
Historia legislacyjna jest tutaj szczególnie interesująca.
7 stycznia 2025 r. Ministerstwo Sprawiedliwości opublikowało komunikat zatytułowany „Stop bandytom drogowym – projekt Ministerstwa Sprawiedliwości już gotowy”.
Wprost znalazł się w nim nagłówek: „Zabójstwo drogowe”.
Ministerstwo pisało wtedy, że drastyczne przestępstwa drogowe mają być po zmianach traktowane jako tzw. zabójstwo drogowe. Zapowiadano również szybkie prace legislacyjne i przedłożenie projektu prezydentowi w pierwszej połowie 2025 r.
Wprowadzona ostatecznie ustawa zaostrzyła odpowiedzialność, lecz oddzielnego przestępstwa „zabójstwa drogowego” nie utworzyła.
W Sejmie znajdował się nawet konkretny projekt
Co więcej, w Sejmie procedowany był projekt z druku nr 830 przewidujący wprowadzenie nowego art. 173a, czyli odrębnego przestępstwa określanego właśnie jako zbrodnia zabójstwa drogowego.
Projekt przewidywał bardzo surową odpowiedzialność m.in. w przypadku spowodowania śmierci przez osobę prowadzącą po alkoholu, pod wpływem narkotyków albo bez wymaganych uprawnień.
Projekt spotkał się jednak z poważnymi zastrzeżeniami prawnymi.
Wiceminister sprawiedliwości Arkadiusz Myrcha mówił w Sejmie, że intencja walki z najgroźniejszymi kierowcami jest słuszna, ale krytykował konstrukcję projektu jako legislacyjnie nieskuteczną.
I właśnie ten argument jest ważny.
Nie wystarczy napisać w Kodeksie karnym dwóch słów: „zabójstwo drogowe”.
Przepis musi być skonstruowany tak, żeby prokurator mógł go zastosować, a sąd utrzymać kwalifikację po apelacji.
Eksperci nie są zgodni, że nowy przepis jest konieczny
Dyskusja nie jest więc tak prosta, jak mogłoby się wydawać.
Część ekspertów uważa, że osobna kwalifikacja „zabójstwa drogowego” miałaby ogromne znaczenie społeczne i prewencyjne.
Inni odpowiadają: odpowiednie narzędzia już istnieją – problemem jest ich stosowanie.
Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek zwracał w styczniu 2026 r. uwagę, że Polska nadal ma bardzo wysoki wskaźnik ofiar śmiertelnych. Według danych przywołanych przez ministerstwo dla 2024 r. było to 52 zabitych na milion mieszkańców, podczas gdy w Szwecji 20, a w Danii 24.
To pokazuje skalę problemu.
Najważniejsze jest nie to, jak nazwiemy przepis
Największym błędem byłoby sprowadzenie całej dyskusji do marketingowej nazwy.
Możemy nazwać przepis „zabójstwem drogowym”.
Możemy nazwać go „kwalifikowanym wypadkiem”.
Możemy pozostawić obecny art. 177 § 2a.
Dla rodziny człowieka, który nie wrócił do domu, nazwa nie ma większego znaczenia.
Znaczenie ma to, czy pijany lub skrajnie niebezpieczny kierowca rzeczywiście trafi do więzienia na kilkanaście lat, czy po kilku latach będzie ponownie jeździł samochodem.
Kara musi być nie tylko surowa. Musi być nieuchronna
Polskie doświadczenie z piratami drogowymi pokazuje jeszcze jeden problem.
Niektórzy kierowcy mają po kilka zakazów prowadzenia pojazdów.
Mimo tego nadal jeżdżą.
Ministerstwo Sprawiedliwości samo określiło takie osoby mianem „tykających bomb na drogach” i w 2026 r. przeprowadziło lustrację postępowań dotyczących kierowców łamiących sądowe zakazy.
To oznacza, że problem został oficjalnie dostrzeżony.
Ale zakaz zapisany na kartce nie zatrzyma samochodu.
Dopiero szybkie wykrywanie takich osób, konfiskata samochodów, realne kary więzienia oraz konsekwentna kontrola wykonywania orzeczeń mogą sprawić, że system zacznie rzeczywiście chronić innych uczestników ruchu.
Trzy osoby z Kamionnej nie dostaną drugiej szansy
W dyskusjach o prawie bardzo łatwo zgubić człowieka.
Artykuły.
Paragrafy.
Projekty ustaw.
Opinie ekspertów.
Procedury.
Tymczasem na DK24 zginęli 22-latek oraz jego dwoje młodych pasażerów w wieku 18 i 19 lat.
Ich rodziny nie interesuje akademicki spór o nazwę kwalifikacji prawnej.
Dla nich wydarzyło się coś nieodwracalnego.
Dlatego po kolejnej takiej tragedii pytanie o zabójstwo drogowe nie jest wyłącznie populistycznym hasłem.
Jest pytaniem o granice odpowiedzialności.
Jeśli świadomie tworzysz śmiertelne ryzyko, musisz ponosić odpowiedzialność
Nie każdy sprawca śmiertelnego wypadku jest zabójcą.
Takie uproszczenie byłoby niesprawiedliwe.
Ale równie niebezpieczne jest automatyczne traktowanie każdego zdarzenia drogowego jako „nieszczęśliwego wypadku”.
Istnieje ogromna różnica pomiędzy kierowcą, który popełnił jeden tragiczny błąd, a człowiekiem, który świadomie prowadzi samochód kompletnie pijany, urządza wyścig albo pędzi 200 km/h przez miasto.
Prawo powinno tę różnicę dostrzegać.
I coraz bardziej ją dostrzega.
Pytanie brzmi: czy wystarczająco?
Kiedy więc zostanie wprowadzony przepis zabójstwa drogowego?
Na dziś odpowiedź brzmi:
nie ma ustalonej daty wprowadzenia do Kodeksu karnego osobnego przestępstwa noszącego nazwę „zabójstwo drogowe”.
Od 29 stycznia 2026 r. istnieją natomiast przepisy, które przejęły znaczną część funkcji, jaką miałoby spełniać takie rozwiązanie: brawurowa jazda stała się przestępstwem, wprowadzono art. 177 § 2a, zaostrzono odpowiedzialność recydywistów drogowych, a w najcięższych przypadkach śmiertelnego wypadku po alkoholu kara może sięgać 20 lat pozbawienia wolności.
To duża zmiana.
Ale skuteczność prawa zobaczymy dopiero po wyrokach.
Ile ludzi i rodzin musi jeszcze zginąć?
To pytanie powinno zostać skierowane nie tylko do polityków.
Także do prokuratury.
Do sądów.
Do policji.
I do nas wszystkich jako kierowców.
Bo najlepszy przepis nie przywróci życia trzem młodym ludziom z Kamionnej.
Może jednak uratować kolejne osoby, jeżeli państwo pokaże jasno:
samochód nie daje prawa do świadomego ryzykowania cudzym życiem.
A człowiek, który świadomie tworzy na drodze ekstremalne zagrożenie, musi wiedzieć, że konsekwencją nie będzie tylko mandat, utrata prawa jazdy czy kolejny zakaz prowadzenia pojazdów.
W skrajnych przypadkach konsekwencją powinny być wieloletnie więzienie i trwałe wyeliminowanie niebezpiecznego kierowcy z ruchu drogowego.
To jest istota dyskusji o zabójstwie drogowym.



