„Poszli oglądać swoje auto”. Wstrząsające słowa dziadka Oliwiera po tragedii w Krakowie. Czy Polska potrzebuje „zabójstwa drogowego”?
Dwoje młodych rodziców nie żyje. Ich ośmiomiesięczny syn został ciężko ranny i będzie dorastał bez mamy i taty. Teraz dziadek ocalałego Oliwiera ujawnia kolejną, wyjątkowo bulwersującą okoliczność tragedii w Krakowie. Według jego relacji kierowca Golfa i jego pasażerowie po wypadku mieli nie ruszyć na pomoc poszkodowanym, lecz zainteresować się rozbitym samochodem. Prokuratura przedstawiała wcześniej inną wersję dotyczącą pasażerów. Jeśli istnieje nagranie obejmujące te pierwsze minuty, powinno ono jednoznacznie rozstrzygnąć, co naprawdę wydarzyło się po uderzeniu.
Dziadek Oliwiera: wyszli z samochodu i nie pomagali
Relacja pana Andrzeja, ojca zmarłej Klaudii i dziadka ośmiomiesięcznego Oliwiera, jest jednym z najbardziej wstrząsających elementów tej sprawy.
W rozmowie z „Faktem” powiedział, że zna relację dotyczącą nagrania z miejsca tragedii. Według niego widać na nim kierowcę Golfa oraz pasażerów po opuszczeniu samochodu.
Dziadek twierdzi, że nie pomagali ani jego córce, ani zięciowi, a nawet płacz leżącego w nosidełku ośmiomiesięcznego Oliwiera nie miał spowodować, że ruszyli mu z pomocą.
Według jego relacji zainteresowali się natomiast rozbitym Golfem.
„Poszli oglądać swoje auto” — powiedział „Faktowi” pan Andrzej.
Jeżeli taki przebieg zdarzeń potwierdzi monitoring, będzie to kolejny niezwykle bulwersujący aspekt tej tragedii.
Ale tutaj trzeba zrobić bardzo ważne zastrzeżenie.
Prokuratura wcześniej mówiła coś innego
W pierwszych informacjach po wypadku przedstawiciel prokuratury przekazywał, że pasażerowie zostali przesłuchani jako świadkowie i że ze wstępnych ustaleń wynikało, iż udzielali pomocy poszkodowanym.
Mamy więc dwie sprzeczne informacje.
Z jednej strony — dramatyczną relację dziadka dziecka.
Z drugiej — wcześniejsze wstępne ustalenia śledczych.
I właśnie dlatego prokuratura powinna bardzo dokładnie zabezpieczyć oraz przeanalizować wszystkie nagrania.
Kto pierwszy podszedł do poszkodowanych?
Kto wezwał pogotowie?
Czy kierowca pomagał?
Czy pomagali pasażerowie?
Jak długo po wypadku rozpoczęto udzielanie pomocy?
Co robili w tym czasie ludzie podróżujący Golfem?
Tutaj nie potrzeba spekulacji. Potrzeba nagrania i ustaleń śledczych.
Samochód kontra ludzie
Jeżeli wersja przedstawiona przez dziadka zostanie potwierdzona, jej symboliczny wymiar będzie wyjątkowo ponury.
Kilka metrów dalej leżą śmiertelnie ranni ludzie.
Płacze niemowlę.
A ludzie, którzy chwilę wcześniej znajdowali się w samochodzie uczestniczącym w tragedii, interesują się pojazdem.
Trudno wyobrazić sobie bardziej dramatyczny kontrast.
Dziadek nie wierzy również w 70 km/h
Pan Andrzej zakwestionował także pojawiające się informacje o prędkości około 70 km/h.
Nie twierdzi przy tym, że dysponuje własną ekspertyzą. Wyraża przekonanie, że samochód mógł jechać szybciej i liczy na dane zapisane w rejestratorze pojazdu.
To również powinno zostać jednoznacznie rozstrzygnięte przez biegłych.
Nie przez Facebooka.
Nie przez rodzinę.
Nie przez media.
I nie przez samego podejrzanego.
Współczesne samochody gromadzą dane pozwalające w określonych warunkach odtworzyć część parametrów bezpośrednio poprzedzających zdarzenie.
Jeżeli takie dane zostały zapisane, powinny zostać skonfrontowane z monitoringiem, śladami na miejscu wypadku i ekspertyzą biegłego.
Najważniejszy fakt pozostaje jednak niezmienny
22 sierpnia na krakowskiej Solnej Volkswagen Golf prowadzony przez 26-letniego Huberta B. znalazł się na chodniku.
Zginęli 32-letni Klaudia i Mateusz.
Ich ośmiomiesięczny syn Oliwier przeżył.
Chłopiec doznał m.in. złamania ręki i nogi. Najnowsze informacje przynoszą przynajmniej jedną dobrą wiadomość: opuścił intensywną terapię, jego stan się poprawia i — jak przekazał dziadek — dziecko ponownie zaczyna się uśmiechać.
Tyle że kiedy Oliwier dorośnie, będzie musiał dowiedzieć się, dlaczego nie ma rodziców.
I właśnie dlatego wraca pytanie: czy to nadal tylko „wypadek”?
Tragedia w Krakowie ponownie otwiera znacznie szerszą debatę.
Czy polskie prawo właściwie rozróżnia tragiczny błąd kierowcy od świadomego stworzenia skrajnego zagrożenia dla innych ludzi?
Bo wypadek może przydarzyć się każdemu.
Kierowca może źle ocenić odległość.
Może na sekundę stracić koncentrację.
Może popełnić tragiczny błąd.
Nie można każdego człowieka, który nieumyślnie spowodował śmierć na drodze, nazywać zabójcą.
Ale istnieją zachowania zupełnie innej kategorii.
Ekstremalne przekroczenie prędkości.
Wyścigi uliczne.
Jazda po alkoholu lub narkotykach.
Ucieczka przed policją.
Jazda pomimo sądowego zakazu.
Świadome wykonywanie niebezpiecznych manewrów wśród innych uczestników ruchu.
I właśnie w takich przypadkach coraz więcej osób domaga się rozwiązania określanego jako „zabójstwo drogowe” albo „zabójstwo komunikacyjne”.
25 lat więzienia za śmiertelną jazdę – Alter Ego chce zmienić prawo w Polsce
Dyskusja o rozszerzenie przepisów trwa od dawna. Stowarzyszenie Pomocy Poszkodowanym w Wypadkach i kolizjach drogowyc Alter Ego ma już gotowy projekt przepisu na „zabójstwo drogowe ” . Zakłada ona kary od 2 do 25 lat wiezienia za drastyczne łamanie zasd ruchu drogowego.
Co więcej, sam rząd oficjalnie używał określenia „zabójstwo drogowe”.
W styczniu 2025 roku Ministerstwo Sprawiedliwości informowało o przygotowaniu projektu wymierzonego w najniebezpieczniejszych kierowców. Resort wskazywał m.in. na rażące przekroczenie prędkości oraz jazdę pomimo zakazu i zapowiadał szczególne konsekwencje, jeżeli takie zachowanie doprowadzi do śmierci człowieka.
Problem?
W lipcu 2026 roku — ponad półtora roku później — media nadal wskazywały, że odrębnego przestępstwa „zabójstwa drogowego” w polskim kodeksie nie ma.
I to powinno wywoływać pytania również do polityków. A mają oni gotowy przepis od Stowarzyszenia Alter Ego, projekt bazuje na roziązaniach stosowanych we Francji. Nowe przestępstwo ma dotyczyć sytuacji w których śmierć na drodze jest skutkiem szczególnie rażącego naruszenia zasad bezpieczeństwa – chodzi o sprawców podejmującyc świadomie bardzo duże ryzyko na drodze.
Ile tragedii potrzeba, żeby państwo zdecydowało, czego właściwie chce?
Po kolejnych głośnych wypadkach słyszymy:
zaostrzymy przepisy.
Zatrzymamy piratów drogowych.
Będziemy bezwzględni.
Powstanie nowe prawo.
Mijają miesiące.
Potem dochodzi do następnej tragedii.
I dyskusja rozpoczyna się od początku.
Po śmierci 14-letniego Maksymiliana w Warszawie Ministerstwo Sprawiedliwości samo pisało:
„Stop bandytom drogowym”.
Zapowiadało rozwiązania dotyczące „zabójstwa drogowego”. Dzisiaj mamy sierpień 2026 roku. I nadal spieramy się o to samo.
Społeczeństwo się bardzo bulwersuje i słusznie – za zabicie rodziny 8 lat więzienia do kpina z prawa i państwa. Dlaczego za podwójne lub potrójne zabójstwo na drodze Państwo jest tak pobłażliwe ? Bo nie ma artykułu kodeksu, który regulowałby sprawę: wystarczy kumulacja kar – definicja zabójstwa drogowego : kto świadomie naruszając przepisy ruchu drogowego doprowadza do śmierci więcej niż jednej osoby odpowiada za każdą ofiarę oddzielnie – z odrębnego postępowania co powoduje kumulację kar i wyroku.
Ale istnieje również ważny argument przeciwko tworzeniu nowego przestępstwa
Rzetelna debata wymaga pokazania również drugiej strony.
Część prawników uważa, że nie potrzebujemy osobnego przestępstwa „zabójstwa drogowego”.
W uwagach do rządowych zmian pojawiał się argument, że samo zwiększanie kar może prowadzić do populizmu penalnego, podczas gdy większe znaczenie dla bezpieczeństwa ma nieuchronność wykrycia i ukarania sprawcy.
To argument, którego nie należy lekceważyć.
Bo kierowcy raczej nie kalkulują przed wciśnięciem gazu:
„grozi mi osiem czy dwanaście lat?”.
Znacznie skuteczniej może działać świadomość:
„jeżeli to zrobię, zostanę złapany”.
Dlatego potrzebne są jednocześnie dobre prawo i skuteczna policja.
„Zabójstwo drogowe” nie powinno obejmować zwykłych kierowców
Jeżeli Polska zdecyduje się na stworzenie takiego rozwiązania, powinno ono zostać bardzo precyzyjnie zdefiniowane.
Nie chodzi o kierowcę, który przez nieuwagę spowoduje śmiertelny wypadek.
Chodzi o sytuacje skrajne.
Przykładowo kombinację kilku zachowań:
- ekstremalne przekroczenie prędkości,
- alkohol lub narkotyki,
- udział w nielegalnym wyścigu,
- świadome ignorowanie zakazu prowadzenia,
- ucieczkę przed policją,
- szczególnie agresywną i niebezpieczną jazdę.
Wtedy sąd powinien mieć możliwość powiedzenia:
to nie był zwyczajny błąd. Człowiek świadomie stworzył śmiertelne zagrożenie.
Kraków powinien stać się momentem przełomowym
Nie dlatego, że należy już dziś nazwać Huberta B. „zabójcą”.
O jego odpowiedzialności zdecyduje sąd.
Ale dlatego, że tragedia pokazuje kilka problemów jednocześnie.
Mieszkańcy wcześniej alarmowali o niebezpiecznej jeździe w tym rejonie.
Radni domagali się uspokojenia ruchu.
Doszło do śmierci młodego małżeństwa.
Ich ośmiomiesięczne dziecko zostało osierocone.
A teraz pojawia się jeszcze dramatyczna relacja dziadka dotycząca zachowania ludzi z Golfa bezpośrednio po wypadku.
To wystarczająco dużo, żeby państwo przestało ograniczać się do kolejnej konferencji prasowej.
Sprawdźcie monitoring. Ustalcie prawdę
Wątek zachowania kierowcy i pasażerów powinien zostać szczególnie dokładnie wyjaśniony.
Jeżeli nagranie potwierdzi słowa dziadka — społeczeństwo powinno się o tym dowiedzieć.
Jeżeli nagranie pokaże, że pasażerowie rzeczywiście pomagali, jak wynikało ze wstępnych informacji prokuratury — również trzeba to powiedzieć.
Bo gniew po śmierci dwojga młodych ludzi jest zrozumiały.
Ale sprawiedliwość wymaga faktów.
Dwoje ludzi już nie wróci
W tej historii najbardziej przerażające jest to, że dla jednej rodziny żadna reforma prawa nie nadejdzie już na czas.
Klaudia i Mateusz nie zobaczą pierwszych kroków swojego syna.
Nie usłyszą jego pierwszych zdań.
Nie zaprowadzą go do szkoły.
Oliwier przeżył.
I według dziadka znowu zaczyna się uśmiechać.
Ale będzie dorastał bez obojga rodziców.
Dlatego dyskusja o „zabójstwie drogowym” nie może zakończyć się wraz z kolejnym cyklem medialnym.
Państwo musi wreszcie zdecydować, gdzie przebiega granica między tragicznym błędem kierowcy a świadomym stworzeniem tak ogromnego zagrożenia, że śmierć niewinnego człowieka przestaje być czymś, czego sprawca mógł rozsądnie nie przewidywać.
A w sprawie Krakowa trzeba przede wszystkim ustalić całą prawdę — o prędkości, przebiegu wypadku oraz o tym, co kierowca i pasażerowie zrobili w pierwszych minutach, kiedy na ulicy walczono o życie rodziców i ich ośmiomiesięcznego dziecka.
Bo właśnie te minuty mogą powiedzieć o tej tragedii więcej niż tysiąc późniejszych oświadczeń.



